Rok dwa tysiące siódmy, początek lipca, sobota godzina szósta
rano, jadę do Rucianego-Nidy na żagle. Nareszcie po kilkunastu
latach mogę wejść na pokład żaglówki. Mój dobry kolega, Tomek
zaproponował mi wypad na sobotę i niedzielę na Mazury, gdzie w
Rucianem-Nidzie stacjonuje jego łódź. Mamy całe dwa dni na
pływanie po Mazurach. Całe DWA DNI!!! Z radości nucę sobie pod
nosem jakieś piosenki żeglarskie, dziś już nie pamiętam, jakie.
Sobotni poranek powitał mnie o piątej pełnym słońcem i czystym
błękitem nieba. Czekało mnie dwieście kilometrów jazdy, na
szczęście nie samotnej, bo zabrałem na ten króciutki, dwudniowy
wypad moją przyjaciółkę, Monikę. W Rucianem mamy zarezerwowany
pokój w niedużym pensjonacie „Róża Wiatrów”, tak na wszelki
wypadek, bo przecież na „Futrzaku” (tak nazywa się łódź
kolegi) mamy do dyspozycji kabinę z czterema kojami. Z nazwą jachtu
wiąże się śmieszna historia. Kilka lat temu rodzina kolegi miała
długowłosego kociaka, persa o imieniu Futrzak, a świeżo kupiony
jacht typu Sportina miał wykładzinę ze sztucznego futerka na
burtach kabiny. Synowie Tomka stwierdzili – jak łódka ma futro to
będzie nazywała się „Futrzak”. I tak już zostało.
